Taniec Artykuły zawiera Taniec z gwiazdą

Taniec z gwiazdą

Podziel się: Bookmark and Share

Anna Głogowska - zawodowa tancerka reprezentująca Polskie Zawodowe Stowarzyszenie Taneczne. Ze swoim partnerem, Marcinem Wrzesińskim tańczy w najwyższej międzynarodowej klasie “S” w tańcach latynoamerykańskich i standardowych.

Wielokrotnie z sukcesem reprezentowali Polskę w europejskich i światowych zawodach tanecznych. Popularność w świecie rozrywki i miejsce na plotkarskich portalach zyskała dzięki udziałowi w pięciu edycjach programu „Taniec z Gwiazdami” i związkowi z aktorem, Piotrem Gąsowskim. Nas interesuje jednak przede wszystkim taniec…

Jak zaczęła się Pani przygoda z tańcem?

To była dziecięca miłość od pierwszego wejrzenia – kiedy miałam sześć lat, na kolonijnej dyskotece poczułam, że taniec to jest dokładnie to. Byłam tak zauroczona muzyką, tym, co może dziać się z ciałem, kiedy człowiek znajduje się na parkiecie, że absolutnie nie chciałam wychodzić z sali. Od tej chwili musiało jednak minąć sześć lat, kiedy wreszcie zdecydowałam się tańczyć „na poważnie”. Trafiłam do formacji tańca towarzyskiego prowadzonej przez panią Beatę Bartoń.

Potem przyszły pierwsze sukcesy, wyjazdy zagraniczne, więc gdy skończyłam szesnaście lat i musiałam pożegnać się z formacją dziecięcą, było dla mnie jasne, że nie mogę przestać tańczyć. Poznałam wtedy Marcina Wrzesińskiego, zostaliśmy partnerami i reszta potoczyła się bardzo szybko. W stosunkowo krótkim czasie udało nam się dojść do kategorii „S”, a potem już zaczęło się zawodowstwo.

Czy mimo młodego wieku była Pani gotowa na wyrzeczenia i poświęcenia, na jakie skazuje taniec? Czy przychodziły po drodze kryzysowe momenty zwątpienia, wyczerpania bądź zwyczajnego zniechęcenia?

Mówi się, że taniec to krew, pot, łzy i wyrzeczenia, ale dla nas – tancerzy z powołania - to jest jak oddychanie. Czasem oddychanie też wiąże się z wysiłkiem, a jednocześnie wiadomo, że trzeba to robić, bez tego nie da się żyć. Myślę, że najtrudniejszy moment przychodzi wtedy, kiedy człowiek daje z siebie wszystko, a nie udaje mu się osiągnąć sukcesu, traci poczucie wartości, a, co gorsza, czuje, że pomylił drogę.

Ja też musiałam przejść przez taki etap w swojej karierze. Przyszedł czas, kiedy nie miałam pieniędzy na taniec, lekcje, za które i tak przychodziło płacić z trudem, niczego mi nie dawały, a wręcz przeciwnie, namieszały mi w głowie jeszcze bardziej. Jasne, było bardzo ciężko i kryzysowo, ale miałam wtedy przy sobie najwspanialszego przyjaciela, Marcina Wrzesińskiego i oboje jakoś przez to przeszliśmy. Zbudowaliśmy szkołę tańca i w tej chwili cały ten trud przynosi wymierne efekty.

W środowisku tanecznym bezapelacyjnie jest Pani znana jako świetna tancerka, Ania Głogowska dała się jednak także poznać na scenie rozrywkowej, biorąc udział w programie „Taniec z gwiazdami”. Skąd ta decyzja?

Do pierwszej edycji zostali zaproszeni wszyscy polscy tancerze z tytułem mistrza bądź wicemistrza,. Po kwalifikacjach zostało nas ośmioro. Z czasem okazało się, że to, co miało być lekką przygodą, niesamowicie wciąga – dla tancerza to jak życie w kosmosie, bo jest niewyobrażalnie odległe od zwykłej, szarej rzeczywistości, do jakiej przywykliśmy. Na codzień obracamy się w zatęchłych, dusznych salach, aż nagle okazuje się, że znajdujemy się w innym świecie. Otacza nas sztab ludzi, którzy wiedzą, jak zrobić prawdziwe show, jak ze zwykłej dziewczyny zrobić księżniczkę, jak pociągać za sznurki, żeby było bajkowo.

Patrząc na to, nie mogliśmy uwierzyć, że to, co osiągamy przez całe swoje zawodowe życie wciąż tańcząc, pocąc się i gimnastykując swoje ciała, gwiazda, która od producentów programu dostaje trenera na osiem godzin dziennie, może uzyskać niemal ten sam efekt w kilka tygodni. Niemal ten sam efekt o całe lata szybciej… Ba, efekt jest nawet jeszcze większy, bo miliony ludzi ogląda program.

Ta szybkość dochodzenia do wysokiej tanecznej formy, połączona z często nieosiągalnymi dla nas luksusowymi warunkami treningu i pracy, to jest rzecz, która nam wszystkim mogła strasznie namieszać w głowie. Niektórzy sobie z tym naprawdę pięknie radzą, a niektórzy – tak jak ja – nie mogą się z tego otrząsnąć i bardzo za tym programem później tęsknią.

 Czy myśli Pani o kolejnej edycji programu?

O nie, ja już dziękuję. Myślę, że pięć edycji już mi zdecydowanie wystarczy. Tym bardziej, że mam bardzo ambitny plan stworzenia własnego tanecznego show. Przyglądam się Caro Dance – zespołowi, który ma ze mną współtworzyć ten projekt.

 Proszę zdradzić parę sekretów swojego show.

Jednym z bodźców do zajęcia się produkcją tanecznego show było przeświadczenie, że taniec turniejowy nie bawi mnie już tak bardzo, adrenalina rywalizacji nie każdemu pomaga, bywa zbyt stresująca, a czasem krzywdząca. Ja sama czuję się dużo lepiej, kiedy wiem, że mam coś zatańczyć i nie jestem za to oceniana. Nikt wtedy nie patrzy na mnie krytycznym, kąśliwym okiem, przykładając do mojej prezentacji wątpliwe czasami miary. Stąd pomysł na show The best of Broadway. To ma być coś, co każdy chciałby zobaczyć, bo doskonale zna i kocha szlagiery z musicali. Nas tancerzy strasznie ciągnie do tej muzyki, ona nas ekscytuje, więc mam nadzieję, że porwie również publiczność.

Czy zamierza jednak Pani pójść jeszcze w stronę tańca towarzyskiego, czy poszukiwać już nowych dróg?

Jestem na etapie szukania inspiracji. Może to śmieszne, co powiem, ale uważam jazz za jedną z najpiękniejszych technik tanecznych, jakie w życiu widziałam. Jazz nie pozwala na opaczne rozumienie tańca towarzyskiego chociażby z punktu widzenia płci. Mówi się czasem, że facet w tańcu jest mało męski, a w jazzie jest wręcz odwrotnie! Wiadomo, że kiedy tancerz wychodzi na parkiet, nie jest umalowany, wybrylantowany, nie ma jakiegoś koszmarnego obcisłego kostiumiku, tylko jest facetem z krwi i kości. Potrafi podrzucić dziewczynę, zrobić z niej wiatrak i nawet się przy tym nie spoci. Z kolei tancerki są smukłe, rozciągnięte, delikatne i to mi się strasznie podoba.

Wiadomo jednak, że jestem tancerką tańca towarzyskiego i nie będę udawała, że nagle „zmieniam branżę”. Stąd moje poszukiwanie inspiracji – chcę oderwać się od tańca towarzyskiego, a potem wykorzystywać to, czego się nauczyłam np. w takich miejscach jak Mikołajki, Siedlce czy u siebie na parkiecie. Zresztą już często słyszę, że zupełnie inaczej rozumiem passo doble, rumbę, właśnie dlatego, że wykorzystuję elementy, na które inne pary nie mają ochoty, a ja czuję, że tak trzeba. I wolno mi, a co!

 

Izabela Strońska

 

© TRENDY MAGAZYN | taniec | moda | muzyka

Nr 03, czerwiec 2009

  • Autor:
  • Wyświetleń: 757
  • Ostatnie zmiany: 25.08.2010
  • Dodano: 25.08.2010