Przede wszystkim trzeba mieć marzenia. Trzeba też mieć niezaspokojony apetyt na taniec i ruch, należy po prostu tego bardzo chcieć. Aby być tancerzem, trzeba wielu poświęceń, cierpliwości, talentu, wrażliwości i ciężkiej pracy. Trzeba też poznać wiele technik tanecznych, a kiedy twoje ciało jest przygotowane, kiedy czujesz pęd twórczy, najlepiej wyjechać na stypendium zagraniczne, porównać swoje umiejętności z innymi i czerpać wiedzę od najlepszych.
Piotr Galiński – tancerz specjalizujący się w tańcu jazzowym, towarzyskim i nowoczesnym, trener najlepszych polskich par zawodowych. Czytelnikom Trendy Magazynu doskonale znany jako choreograf i sędzia międzynarodowy, ale też jako jeden z jurorów polskiej edycji programu „Taniec z gwiazdami”. Nim zaczął spełniać się w tańcu, trenował lekkoatletykę, chciał pracować w cyrku, próbował odnaleźć się w amatorskim ruchu teatralnym. Aż pewnego dnia poszedł na dyskotekę i tam okazało się, że to jest właśnie to! „Ta dyskoteka, to było porażające przeżycie. Tam dowiedziałem się, że nie dla mnie jest sport czy teatr, nie chciałem też pójść do zespołu ludowego, szukałem czegoś innego”. W 1974 roku rozpoczął nowe, „taneczne” życie w grupie baletowej Miraż w Olsztynie. Olsztynowi, a dokładniej jego okolicom, pozostał wierny do dziś. Tak jak wierny do dziś jest prawdziwej pasji swego życia – tańcowi.
W cyklu Who is Who w polskim tańcu nowoczesnym rozmowa z Piotrem Galińskim – choreografem.
Jest pan postrzegany jako wybitny choreograf. Jak się zostaje choreografem?
Często z przypadku… Tancerz zaczyna poszukiwać dla siebie figur, pozycji, charakterystycznego ruchu, by móc najpełniej siebie wyrazić. I wówczas, tak niby z niczego, robi pierwsze układy, pierwsze prace choreograficzne.
Generalnie choreografia polega na tworzeniu nowych tańców, jednak by można było nazwać coś dziełem choreograficznym, artysta musi mieć pomysł nie tylko na ruch, ale też na kostium, muzykę i fabułę. Oczywiście, są choreografie pojedynczych tańców, to tworzenie połączeń kroków i figur – od tego zwykle się zaczyna, ale dla mnie choreograf to ktoś więcej niż osoba wymyślająca kroki. Choreograf powinien umieć stworzyć swoje widzowsko taneczne i mieć coś do przekazania widzowi, tak by ten po dziewięćdziesięciominutowym spektaklu wyszedł zapłakany, roześmiany, radosny, zastanawiający się nad odebranym ze sceny przekazem.
Choreograf, reżyser, scenograf, malarz, kompozytor to równorzędne postaci współtworzące spektakl. Często zdarza się, że jestem elementem takiego zespołu, pracuję nad jednym tylko tańcem w spektaklu czy układem na potrzeby np. zawodów. Jednak jako choreograf zdecydowanie wolę być twórcą całości, tak jak to było w przypadku moich wielkich widowisk, ale też i małych choreografii dance-show.
Dziś łatwiej jest być choreografem: jest kamera, zapis video. Wcześniej robiłem rysunki, graficznie notując ustawienie tancerzy w przestrzeni.
Tworzy Pan choreografie towarzyskie i nowoczesne. Które z nich są trudniejsze?
Zdecydowanie trudniejsze są choreografie współczesne. Taniec towarzyski ogranicza choreografa, który nie może wykroczyć poza ramy opisane techniką tańca. Taniec towarzyski jest opisany niemal matematycznie; jeśli masz mocną technikę, to odważnie możesz łączyć kroki i figury. Takie połączenia czy też poszukiwanie ciekawych ustawień w przestrzeni to w zasadzie jedyna możliwa innowacja choreograficzna.
Inaczej ma się sprawa z choreografiami współczesnymi. Tu jest szansa na przeplatanie wielu technik, poszukiwanie interesującego, niebanalnego ruchu, miksowanie – w zasadzie – wszystkiego, co zechcesz. Taniec współczesny byłby martwy, gdyby choreografowie nie poszukiwali, nie proponowali nowych, czasami szokujących rozwiązań. Ten nurt rozwija się właśnie dlatego, że każdy z nas próbuje wnieść coś swojego, swoją osobowość. Dzięki temu mamy do czynienia z żywym i ciekawym zjawiskiem, które często stanowi poważne wyzwanie dla tworzących go choreografów.
Które z pana choreografii odniosły największe sukcesy?
Sukcesy zwykle wyznaczają kolejne etapy w życiu. W moim było ich sporo: zarówno jako tancerza, jak i choreografa. W pewnym momencie najważniejszą była choreografia Matko, te ściany wciąż krzyczą – piętnastominutowego spektaklu w technice modern jazz, pokazanego na festiwalu w Piotrkowie Trybunalskim. Za to właśnie dzieło otrzymałem tytuł Króla Polskiej Choreografii, który spontanicznie przyznali mi sami nauczyciele tańca. Ta właśnie choreografia okazała się być kamieniem milowym w historii tańca współczesnego w Polsce. Bardzo ważną była też choreografia Na schodach, przygotowana dla olsztyńskiego Teatru Tańca. To opowieść o żebraku, który modli się na schodach kościoła i obserwuje toczące się życie.
Przełomowe okazało się moje odkrycie w Niemczech stylu show-dance. To ja w 1988 roku przeszczepiłem go do Polski, a trzy lata później odbyły się w warszawskiej Stodole pierwsze zawody mistrzowskie. Kolejne ważne realizacje choreograficzne to właśnie show-dance’y, zwłaszcza te, które przyniosły tytuły Mistrza Świata: Podążać w stronę światła i Inna, dla siedleckiego Caro Dance oraz Inkwizycja dla radomskiego Faktu. Wtedy cały świat dostrzegł „taneczną” Polskę. W moim prywatnym życiu istotny okazał się spektakl Chicago, który otworzył mi możliwość pracy w warszawskich teatrach.
Kto jest dla pana największym autorytetem w świecie tanecznym?
Mam wielu idoli tanecznych. Wzorem zawsze była Pina Bausch, której spektakle taneczne uważam za idealne: taniec w widowisku, kostium, scenografia – wszystko to było przemyślane i konsekwentne. Z polskich twórców bliski był mi … Tadeusz Kantor. Kantor reżyser, plastyk, wizjoner, w którego spektaklach ruch stanowił oś dramaturgiczną, stwarzał napięcia. I choć nie patrzyło się na to jak na taniec, to – z punktu widzenia choreografa – był to jednak zawsze misternie ułożony i perfekcyjnie wykonany taniec.
Piotr Galiński: choreograf, mistrz tańca – czy jest osobą popularną?
(śmiech) Odczuwam tę popularność i bardzo mi ona przeszkadza w życiu, bo prywatnie jestem osobą nie lubiącą pokazywać się publicznie, naprawdę.
A popularność spadła nagle i rosła razem z kolejnymi wydaniami „Tańca z Gwiazdami”. Przedtem może byłem popularny środowiskowo, jako tancerz, instruktor, trener, sędzia czy choreograf. Program telewizyjny o dużej oglądalności spowodował jednak, że nagle stałem się rozpoznawalny, nie bardzo jeszcze zdając sobie z tego sprawę. Z dnia na dzień mój wizerunek stał się własnością milionowej publiczności, a ja jestem przez wszystkich obserwowany. A wielu tych obserwatorów, mówiąc po ludzku, przekracza granice przyzwoitości. No, bo jeśli w sklepie ktoś chodzi za tobą i patrzy, co wkładasz do koszyka…
Na szczęście są też jaśniejsze strony popularności. Prowadząc Letnią Akademię Tańca w hotelu Gołębiewski spotykam ludzi, którzy przyjeżdżają tu z całej Polski i z różnych powodów: nie mają dziewczyny, zbliża się wesele, chcą poznać innych lub – i powiem to bez zbytniej skromności – chcą spotkać się ze mną: instruktorem, trenerem, choreografem, ale też jurorem popularnego programu telewizyjnego. Ci ludzie są wrażliwi, otwarci, nastawieni na taniec, a nie niszczenie twojej prywatności. To pasjonaci tańca. Pamiętam pewną sympatyczną parę, która na 25-lecie ślubu przyjechała na kurs, który był ufundowanym przez męża prezentem na srebrne gody. Miałem jakieś niejasne podejrzenie, że stanowiłem część tego prezentu….
W patio hotelu Gołębiewski w Mikołajkach wywiad przeprowadziła Ada Patłaszyńska
© TRENDY MAGAZYN | taniec | moda | muzyka
Nr 01, grudzień 2008