HIP-HOP-POP
Przyznam, ze do napisania tych kilku słów natchnął mnie Robert Śliżewski! Jak widzę, nie jestem jedynym wędrowniczkiem, który błąka się po kraju, szukając świetnych tancerzy i inspiracji do dalszej pracy.
„Music evolution change
Sometimes the common makes it sound strange
Add a little this, take out a little that
Then you’ll come up with jazz called rap
Where it’s at, bring it back
Because it is an ill format”
Buckshot Lefounque „Music Evolution”,
Sony Records, B000002BJ4, 1997
Branfort Marsalis, współtwórca grupy „Buckshot Lefonque” to znamienita postać w świecie muzyki jazzowej. Wypowiada się jego nazwisko jednym tchem wraz z takimi sławami, jak John Coltrane, Dizzy Gillespie, Miles Davis czy Tomasz Stańko. Jako, że język angielski przestał być w naszym kraju językiem obcym, to właśnie słowami Marsalis’a pozwolę sobie zacząć. Jak widać, już jakiś czas temu zauważył on pewien fenomen. Zjawiskiem tym jest swego rodzaju negowanie przeszłości przez współczesnych twórców, przypisujących sobie wszelkie zasługi przy tworzeniu nowych trendów, kierunków czy stylów muzyki, fotografii, rzeźby, plakatu, architektury i wreszcie tańca. Sztuka czerpie z historii, tworząc nowe dzieła na kanwie kamieni milowych historii. W muzyce jest to znakomicie widoczne – spójrzmy np. na ostatnia komercyjną twórczość muzyczną – Jay Z „Show me what you got” a Wreck’n’Effect „Rumpshaker” lub Beyonce “Crazy in love” a Chi-Lites „Are You My Woman? (Tell Me So)”. Nie mówiąc juz o nieśmiertelnych: „Summertime” czy „Fever”, przerabianych na tysiące sposobów. I świetnie! Ukłon w stronę prekursorów jest zawsze mile widziany, dodatkowo podnosi to wartość samego utworu (jeśli oczywiście „cover” jest zrobiony nowatorsko i na wysokim poziomie) oraz umacnia szacunek fanów dla artysty. Dodatkowo, popularyzuje wcześniejsze dzieła, co wpływa na sukces całej branży. Muzyka jednak celebruje znaczenie poprzedników. Może to praktyka wynikająca z podziwu dla dawnych twórców, a może po prostu „cerber” w postaci Praw Autorskich takie zachowanie wymusza. To dyskusja na znacznie dłuższy artykuł, dotyczący zupełnie innych spraw.
A jak ma się ta prawidłowość do naszego, tanecznego świata? Tu już nie ma „cerbera”, a nawet jeśli się pojawia jest zaledwie ratlerkiem, a najczęściej zwykłym pluszakiem. Tu każdy mieni się prekursorem, każdy wytycza kierunki i tworzy zupełnie nową rzeczywistość. Widać to szczególnie wyraźnie w najbardziej komercyjnych produkcjach. Każdy z nas ma do prawo do eksperymentowania, wręcz obowiązek, inaczej pewnie ciągle czekalibyśmy na wylanie rzek, aby użyźnić glebę. Ale na miłość boską, to żaden wstyd, czerpać z dobrych wzorców! Dlaczego więc staramy się to zatajać?
Podręcznikowym przykładem jest tu chyba sam Michael Jackson. Znana jest jego fascynacja muzyką i kinem z lat trzydziestych i czterdziestych. Czyż wiec „The King of Pop” jest prekursorem tzw. Moonwalk’a, skoro tzw. „backslide” wykonywali już artyści sceny i kina właśnie w latach 40-tych? Nie wspominając już o nauczycielach MJ, tj. Poping Pete, czy Pop’N’Taco, którzy przybliżyli mu Popping i Boogaloo. No własnie – świat czarnych tancerzy jest prosty. Jeśli cos balansuje, nazywa się to „bounce”, jeśli udajemy, że się rozglądamy, nazywamy to „seek”, jeśli wskazujemy – to jest to „point”, jeśli ślizgamy się w bok, jest to „sideslide”, jeśli gwałtownie opadamy – „drop”. A jeśli nazywamy coś „Moonwalk”, to raczej będzie to imitowało człowieka pozbawionego siły grawitacji, niż idącego w przeciwną stronę ruchomego chodnika.
Fascynacja kultura uliczną jest ogromna. Wszyscy, nawet najbardziej ortodoksyjni artyści, pozwalają sobie na eksperymenty, łączące tzw. „wysoką sztukę” z folklorem afrykańskim lub afro-amerykańskim, jakim właśnie jest kultura uliczna. Innymi słowy, wszyscy chcą być teraz „cool”, mieć korzenie pośród artystów ulicznych, podobnie jak i wszyscy tańczą Hip-Hop. Lawina popularności zaczyna się w Hollywood, a kończy gdzieś w Tybecie. Niestety, większość ludzi widzi tylko efekt końcowy i za wszelka cenę stara się do tego efektu dążyć. Tak więc, zamiast przekazu prawdziwych MC są „częstochowskie rymowanki”, zamiast połączenia tzw. Break Beats – syntezator z promocji w popularnej sieci handlowej. A co zamiast tańca? Oczywiście inny styl, w modnym „opakowaniu” i idealnie dopracowany technicznie – szkoda tylko, że mający niewiele wspólnego z faktycznym Hip-Hop’em, czy ogólnie – tańcem ulicznym. Nie ma tu kwintesencji kultury ulicznej w postaci polirytmii lub nawet pojedynczego rytmu, nie ma charakterystycznych tańców, tzw. „Social Dances”, nie ma ciągłości ruchu, nie ma balansu. Jest za to wspaniałe zastosowanie technik, tak znamienitych nauczycieli jak Lester Horton, Bob Fosse, Matt Mattox, Martha Graham. Są podstawy gimnastyki jazzowej i wspaniałe „krojenie przestrzeni”, zupełnie przeciwne tańcowi w zatłoczonym klubie. Oczywiście nie należy zapomnieć o niespotykanych strojach z masą niepotrzebnych gadżetów zaczerpniętych ze sklepów sportowych lub od „drug queens”. Hmm… ciekawe, czy gdybym pojawił się na Brooklynie czy w Harlemie z takim tańcem i w takim stroju, stałbym się idolem lokalnej społeczności? Społeczności wychowanej na rytmie bębna, do której nie przemawia taniec do słów.
Jeden z prekursorów tańca ulicznego, SugaPop (członek Electric Boogaloose) zdefiniował taniec uliczny jako kulturę, zrodzoną w określonym miejscu czasie i okolicznościach. To kultura afro-amerykanów, gdzie biały człowiek jest jedynie gościem. Bardzo mile widzianym, ale jednak gościem. Jeśli więc chcemy wnieść swój pierwiastek w rozwój tego ruchu, wypada najpierw poznać go dogłębnie. Około 5 lat temu udało mi się znaleźć na lekcjach osób, które tworzyły poszczególne style tańca ulicznego. Nie byli oni zbyt skłonni, by czegokolwiek nas uczyć. Oczywiście lekcje były na wysokim poziomie, niestety nie składały się z niczego poza choreografiami, za którymi cała grupa biegła bez ładu i składu. Po tych zajęciach miałem mieszane uczucia. Z jednej strony uważałem, jak i 99% ludzkości, że to heretycy, popisujący się swoimi indywidualnymi predyspozycjami motorycznymi, „są czarni” przez co inaczej zbudowani i nie ma szans na to, bym kiedykolwiek mógł cos podobnego powtórzyć. Z drugiej zaś strony, przeszła mi przez myśl idea, że może ten styl jest na tyle skomplikowany, że ucząc się go jedynie z choreografii, widzę efekt końcowy. Byłem tym efektem zafascynowany, ale nie miałem pojęcia, jak do niego dojść. Poszedłem więc tropem tego, jak ewoluował taniec uliczny. Poznałem style lat 7o., potem 80., całą masę figur i kroków z grupy „Social Dances” (czyli kroków tańczonych na imprezach tanecznych, zaczerpniętych z folkloru czy określonych środowisk), dzięki którym lepiej dało się zrozumieć, co też tancerze uliczni wyprawiają ze swoim ciałem. Zastanawiałem się, co takiego jest „NEW”, skoro wyróżnić można zazwyczaj style Old School i New School. Trzy lata później jeden z nauczycieli powtórzył na lekcji swoja popisową choreografie, która nagle okazała się niezwykle prosta i logiczna. Była niczym innym, jak sprawnym połączeniem wielu „Social Dances”.
Dziś wiem, że i tak nigdy już nie będę tańczył, jak moi nauczyciele. Lata i ograniczona liczba treningów robią swoje. Widzę jednak po moich uczniach, że to nie jest wiedza tajemna. To moi uczniowie, którzy czasem wręcz wychowują się tanecznie w ruchu ulicznym, znakomicie się w niego wpasowują. Nadążają za nauczycielami w szybkości i precyzji ruchów. Energia w ich ciałach przepływa zupełnie w taki sam sposób, jak u moich nauczycieli. Ich choreografia nie składa się z szeregu precyzyjnych póz, lecz jest wynikiem ciągłego tańca i kontroli przestrzeni, która jest skierowana „do wewnątrz”. Pozwalają sobie przy tym na wariantowe wykonywanie różnych kroków, dokładnie w taki sposób, jak ewoluowały się one przez lata, nawet o tym nie wiedząc. To, co w kulturze trwało 30 lat, wprawnym i dobrze edukowanym obserwatorom zabiera 10 razy mniej czasu. Apeluję wiec do wszystkich miłośników i pasjonatów tańca skupiających się wokół kultury ulicznej – tańczcie style takimi, jakimi są! Uczcie się od twórców, póki żyją i ciągle jeszcze nauczają! Nie odważyłbym się wybrać na lekcje do Alvin’a Ailey’a mówiąc, że właśnie zaprezentuję mu moją wersje tańca współczesnego, podobnie jak i Tor Floysvik nie zobaczyłby „mojej własnej” wersji foxtrott’a. Dlaczego więc ciągle słychać o nowych odmianach Hip-Hop’u, czy „autorskiej” wersji figur w takich stylach, jak Locking czy House?
Nie pisze tych słów po to, aby wynosić na piedestał czarnych artystów i dyskryminować młodzież chłonną wiedzy. Według mnie wina leży przede wszystkim w bucie i ignorancji prekursorów stylów, którzy uważali przez lata, że świat powinien błagać o ich wiedze i umiejętności. Nałożył się z tym odwieczny lęk afro-amerykanów o to, że biały człowiek „wyssie” z nich wszystko, zabierze i użyje do własnych potrzeb. Hip-Hop więc, jako styl wyrosły z kultury czarnych, pozostał swego rodzaju tajemnicą przechowywaną jedynie w czarnych społecznościach. Dlatego, jak dotąd, nie mamy żadnych materiałów, spisu figur, tańców, stylów, dlatego każdy tancerz uzurpuje sobie prawo do bycia twórcą i innowatorem. Wiedza była przekazywana przez doświadczenia. Nie były to lekcje w studiach tańca, lecz noce w klubach spędzane na obserwacji i naśladowaniu popisów tanecznych w kole (tzw. circle). Tam rozwijał się taniec, przybierając formy znanych nam obecnie jako Hip-Hop Old School, New (York) Style, Uptown, Dancehall, Down South, Atlanta, House, Hustle, Vouging, Waacking itd. Kiedy zatem tancerze wyszli z klubów na scenę, świat widział jedynie gotowy produkt i wzorował się na nim tak, jak umiał. Do uzyskania podobnego efektu naśladownicy używali znanych sobie narzędzi, wyciągniętych z tańca jazzowego. Stąd spora część sceny komercyjnej przygotowywała choreografie w „ulicznym” charakterze z fuzji elementów jazzowych, baletowych oraz współczesnych okraszonych elementami Hip-Hop’u. A niby skąd miano czerpać wiedzę, skoro pierwszą oficjalną lekcje tańca Hip-Hop przeprowadził Emilio Austin znany bardziej jako Buddha Stretch w Broadway Dance Centre dopiero w 1998r! Na szczęście pewna część historii ocalała np. w teledyskach i zapisach tras koncertowych takich artystów jak Will Smith, Mariah Carey, Missy Elliott, NWA czy też samego Michaela Jacksona. Zmieniło się też nastawienie samych twórców, którzy zdali sobie sprawę, że podczas swojej przygody z tańcem zapoczątkowali ruch, za który są odpowiedzialni. Zapraszam do studiowania „TRENDY”, gdyż w przyszłym miesiącu gościem naszego magazynu będzie Moncell „ILL KOZBY” Durden – wykładowca akademicki i nauczyciel tańca, człowiek-encyklopedia, który poświęcił znaczną część życia na studiowanie i propagowanie kultury ulicznej.
Chcę tym artykułem rozdzielić także kwestie stylów i choreografii. Daleki jestem od krytyki choreografów, którzy zajmują się budowaniem atrakcyjnych wizualnie przedstawień, łączących wiele technik i stylów tanecznych. Mają do tego niezaprzeczalne prawo. To przedsięwzięcia niezwykle atrakcyjne dla widza, co w połączeniu z dobrym pomysłem przewodnim, właściwym zagospodarowaniem przestrzeni oraz kompozycją sceniczną i muzyczną daje piorunujący efekt. Nie bójmy się jednak określić ich mianem choreografii jazzowych czy współczesnych, umieszczonych jedynie w ulicznym anturażu. Może to też być nazywane stylami Pop, Commercial Jazz czy Fusion. Odnoszę te słowa również do sędziów, stawiających noty na szeregu turniejów rangi okręgowej, ogólnopolskiej jak i międzynarodowej. Hip-Hop jest jeden tak, jak i jedna jest Rumba czy Kujawiak!
Krzysztof Mazur - od 15 lat związany z ruchem tanecznym w Polsce. Nauczyciel i choreograf z Wrocławia, specjalista stylów Locking, Hip Hop i House. Tańca uczył się w wielu ośrodkach na świecie, m.in. BDC w Nowym Jorku czy DAP2000 w Szwajcarii, u takich nauczycieli jak: Greg Campbellock Jr, Moncell Durden, Buddha Stretch, Link, Caleaf Sellers, Terry Wright, SugaPop czy Popin Pete. Trener grupy tanecznej SCANDAL, wykładowca IKK w Białymstoku,choreograf polskiej edycji programu “You Can Dance – Po Prostu Tańcz”.
© TRENDY MAGAZYN | taniec | moda | muzyka
Nr 01, grudzień 2008